Plagiat
Dziwne rzeczy dzieją się w ciąż u nas w kraju. Obserwujemy szereg zaskakujących zwrotów akcji w filmie Pt „Traktat Lizboński”. Na początku był wielki sukces prezydenta, premiera, rządu i całego PiSu. Normalnie Oscar dla wszystkich za wzorowe odegranie swoich ról. Wszystko było ładnie i pięknie. Traktat leżał sobie i spokojnie czekał na ratyfikację. No ale w międzyczasie nastało wielkie zło- czyli potworne PO, które podstępnie przejęło władzę. Z początku nic nie zapowiadało burzy w szklance wody. Gdy w końcu nadszedł czas wywiązać się z obowiązku wobec Europy, mało takich było, którzy podejrzewali jakiekolwiek kłopoty. A jednak…
Reżyserem nadchodzących wydarzeń zapragnął być Quadeusz Rydzyntino. Chyba wkurwił się na Unię za to, że nie dali mu kasy na nowy film pt „Głębokie wiertło”. Wydał szereg tajnych poleceń i oto ukryta frakcja marnych aktorów w PiS, posłusznie poczęła wichrzyć. Zapragnęli grać pierwsze skrzypce. Jaki reżyser taka obsada. Siebie warci. W normalnych warunkach Kaczor zapewne olałby to ale niestety notowania jego partii idą w dół i strata widowni podległej Rydzyntino byłaby samobójstwem. Tak więc stał się zakładnikiem skrajnie oszołomskiego skrzydła swojej własnej partii. Musiał ruszyć w bój w obronie… no właśnie, w obronie czego? On sam zapewne tego nie wie, w każdym razie ruszył wojować ze swoim wcześniejszym sukcesem! Tak właśnie! To tylko w Polsce jest możliwe. Bohaterowie wystąpili przeciwko swojemu dziełu, przeciwko swojemu sukcesowi.
Zakotłowało się i zawrzało! Europa pod ścianą, Polski koń trojański znowu w akcji! Nikt, absolutnie nikt z myślących, nowoczesnych Europejczyków nie wiedział co się stało. Zdziwienie było ogromne. Istniało niebezpieczeństwo upadku Traktatu. Bo jak wiadomo wszystkie państwa muszą go ratyfikować. Idiotyczny spór garstki sfrustrowanych, gasnących aktorów… Zaczęły się przepychanki, żądania, spotkania, groźby, tupanie nóżkami. Taki casting made in Poland. Casting na idiotę roku. Żadna ze stron nie zamierzała odpuścić, podkreślano to na każdym kroku…
Mija kilkanaście dni i oto społeczeństwo znowu usłyszało jakże wzniosłe słowa „sukces”, „kompromis”, „zwycięstwo”. Krzyczeli wszyscy wcześniej ze sobą wojujący. Rozejm aż się patrzy. Ustalono to, co… proponowało PO zaraz na początku tego „sporu”. Wygrało racjonalne rozwiązanie, które powinno być zaakceptowane przez PiS w ciągu 15 minutowej przerwy w obradach sejmu. Upór skrajnej prawicy okazał się bezzasadny, taka ich bezsensowna walka dla samej walki. Być może taki scenariusz napisał Jarosław Kaczyński. Wiedział, że tej wojny po prostu nie wygra. Musiał jednak stwarzać pozory, by nie wyglądało na to, że olewa moherowy elektorat. Jeśli tak jest to pokazuje to całą żałość PiS, wskazuje na to, że interes kraju i całej Europy(!) to nic w porównaniu z wewnętrzno-partyjnymi rozgrywkami i walką o elektorat. Niedługo dojdzie do tego, że sam prezes będzie lizał odbyt ojca dyrektora na antenie TV Trwam. Na pewno to zrobi, dla kupienia sobie głosów zerżnie nawet publicznie Alika.
Podsumujmy. Najpierw był sukces, który miał wielu ojców. Przerodził się on w porażkę, której ojcem miał zostać Tusk, a na koniec słowo stało się ciałem i klęska na powrót przerodziła się w zwycięstwo. Splagiatowano więc sukces Rozumiecie coś z tego? Znajduje jedno tylko wytłumaczenie, to był cud za wstawiennictwem znanego propagatora obwoźnego sado-maso. Jego prezent dla nas na trzecią rocznice własnego zejścia w zaświaty… Za ten film Oscarów niestety nie będzie. Prędko nam tego nie zapomną. Na długie lata pozostaniemy trędowatymi w europejskiej rodzinie.


Dodaj nową odpowiedź